[Recenzja] Resident Evil: Deadly Silence

1

Swój debiut na portalu chciałbym zadedykować grze, od której zaczęła się moja przygoda z Nintendo DS. Jednak dość tego gadania, przejdźmy do rzeczy.

REDSLogo

Enter the survival horror

Seria Resident Evil (lub Biohazard, jak kto woli) swoje lata świetności ma dawno za sobą. Od czasów kultowej czwórki nie pojawił się w zasadzie żaden tytuł, który dorównałby odsłonom sprzed 2005 roku. Na szczęście posiadacze kieszonsolki Nintendo nie musieli się tym martwić, bowiem w ich ręce oddano pełnoprawny port pierwszej części gry. A nawet coś więcej… ale o tym za moment.

Fabuła przedstawia graczowi Raccoon City – niewielkie miasteczko gdzieś w USA, które prosperuje głównie dzięki pobliskim laboratoriom korporacji zwanej Umbrella. Sielankowe i nudne życie jego mieszkańców zostaje przerwane gdy na obrzeżach miasta dochodzi do serii brutalnych zabójstw. Sprawę ma zbadać oddział Bravo sił specjalnych S.T.A.R.S, z którym kontakt urywa się już w momencie dotarcia grupy na wyznaczone miejsce. W efekcie jako kolejny zostaje wysłany oddział Alpha, który natychmiastowo zostaje zaatakowany przez krwiożercze (i zdecydowanie nieżywe) psy. Grupa bohaterów, w akcie desperacji, postanawia zabarykadować się w leżącej nieopodal posiadłości – co okazuje się prawdopodobnie ich największym życiowym błędem.

Tak oto zaczyna się koszmar, który musimy przeżyć w RE:DS. Jak na horror przystało, po krótkim badaniu wnętrza posiadłości tracimy jakiekolwiek złudzenia co do błędnego wyboru schronienia – to, co zaatakowało nas na dworze jest niczym w porównaniu do piekła, które znajduje się w środku. Już po chwili rekonesansu napotykamy człowieka klęczącego nad zwłokami jednego z członków oddziału Bravo… jednak czy aby na pewno to człowiek?? Oczy przesłonione bielmem oraz odkryte mięśnie twarzy wydają się temu przeczyć. Po krótkim starciu jesteśmy już pewni, że nie był on istotą ludzką. A przynajmniej już nie był…
Jednak jak się szybko okaże zombiaki przy reszcie menażerii z posiadłości to zwykłe mięso armatnie (chociaż w grupie są wciąż całkiem groźne i niejeden raz napsują nam krwi). Nasze priorytety stają się więc oczywiste – musimy wydostać się z rezydencji w jednym kawałku… przy okazji dowiadując się o co właściwie chodzi w całej sytuacji.

19

– What’s this?!
– Blood.

W grze mamy możliwość wcielenia się w jednego z dwóch członków Alpha Team, czyli Jill Valentine lub Chrisa Redfielda. Taki wybór jest o tyle istotny, że jest równoznaczny z wyborem jednego z dwóch poziomów trudności. Podczas gdy Jill zaczyna swoją przygodę ze znacznie lepszym ekwipunkiem, Chris zostaje wyposażony wyłącznie w nóż.

Choć nasi protagoniści mają do wyboru całkiem pokaźny arsenał broni, Resident Evil to survival horror z krwi i kości. W efekcie będziemy cały czas cierpieć na brak amunicji czy leczących nas ziółek. Takie podejście zmusza nas do kombinowania, przeczesywania każdego kąta posiadłości i oszczędzania zapasów na napotkanych przeciwnikach – omijanie zombie na korytarzu z czasem wejdzie wam w krew. Wszystko to buduje niesamowity klimat gry, czyniąc go niesamowicie wybornym daniem pomimo blisko 20 lat na karku.

Oprócz klasycznych nieumarłych pod naszą lufę nawiną się m.in. wspomniane już pieski, gigantyczne pająki czy żabowate Huntery, które potrafią jednym cięciem pokazać nam, co oznacza tracenie głowy w trakcie starcia – niestety dosłownie.
Poza pomniejszymi przeciwnikami od czasu do czasu będziemy musieli stoczyć batalię z wszelakimi bossami, którzy budzą respekt już samym designem. Oprócz klasycznego prucia ołowiem w ich kierunku niektórych możemy pokonać za pomocą dłuższego główkowania i kombinatoryki. Czasem o wiele rozsądniej będzie podlać trucizną korzenie zmutowanej rośliny niż wyskoczyć na nią metodą typową dla Rambo.

505f8fec63578

Jill, here’s a lockpick. It might come in handy if you, the master of unlocking, take it with you.

Jednak dobry survival horror to nie tylko walki. Zdawali sobie z tego sprawę także autorzy, wobec czego zaserwowano nam również nieco łamania głowy. Większość z zagadek jest banalna (ot, chociażby ułożenie obrazów od przedstawiającego młodzieńca do obrazu ze staruszkiem), kilka z nich wymaga od nas kombinowania i latania po posiadłości. Momentami staje się to po prostu męczące – przykładowo natrafiłem na sytuację, w której po dużej dawce kombinatoryki dowiedziałem się, że wciąż brakuje mi dwóch emblematów. Oczywiście nie dało się bez nich popchnąć fabuły do przodu, wiec musicie sobie wyobrazić moją frustrację.

Wersja na przenośną konsolkę Nintendo to zasadniczo dwie gry w jednej. Oprócz gry przeniesionej żywcem z pierwszego Pleja (zwanej tutaj „Classic mode”), mamy również możliwość zagrania w tryb Rebirth, który jest… remakiem? Ciężko to stwierdzić, bowiem warstwa audiowizualna pozostała w zasadzie bez zmian. Zamiast tego będziemy korzystać w wybranych momentach z dobrodziejstw dotykowego ekranu czy mikrofonu. Co jakiś czas weźmiemy udział w szlachtowaniu zombiaków nożem w trybie FPP, rozwiązywaniu puzzli czy nawet… reanimowaniu jednego z członków zespołu, oczywiście dmuchając w konsolkę. Patenty zastosowane w grze kilkukrotnie zaskoczyły mnie swoją pomysłowością i sprawdzają się po prostu świetnie.

18

That was too close! You were almost a Jill sandwich.

Graficznie RE:DS może się podobać. Tak jak w oryginale wszystkie modele są w pełni trójwymiarowe a tła wykonano w prenderowanym 2D. Zważając na fakt, że DS nie jest w stanie wygenerować cudów na miarę Revelations ze swojego młodszego brata, grafika jest naprawdę dobra. W podobnym tonie można napisać również o muzyce, która doskonale wpasowuje się w grę i tworzy niezapomniany klimat.

Jeżeli więc podzielasz obiegową opinię, że gry na konsole Nintendo to zabawki dla dzieci – polecam ci odpalenie Resident Evil: Deadly Silence. Gra na pewno nie jest ideałem – ma dosyć toporne sterowanie, archaiczny system zapisu czy mocno kiczowate dialogi. Jednak dokładnie taki sam był oryginał, który pokochały miliony. Po grę warto sięgnąć nawet dzisiaj – zwłaszcza, że aktualne odsłony zgniłej serii straciły wiele ze swojego polotu na rzecz ciągłej akcji i prucia do zombie kilogramami ołowiu. Produkcji takich jak Deadly Silence już się nie robi… a wielka szkoda, bo w żaden sposób nie zasłużyły one na zapomnienie.

Ocena gry

85 /100
PODSUMOWANIE
Mimo lekkiego smrodu zgnilizny pacjent jest całkiem żwawy. Jeżeli przetrawicie mechanikę rodem z 1996 roku, czeka was kawał solidnego (nomen omen) mięsa.
PODZIEL SIĘ
Raja

Gracz od trzeciego roku życia. Aktualnie pisuje o grach w kilku zakątkach internetów, od czasu do czasu przebijając się na łamy prasy papierowej. Prywatnie oddany fan serii Final Fantasy, Legend of Zelda, Resident Evil i Rayman. Poza elektroniką jara się też chińskimi bajkami, fantastyką oraz szkicowaniem. Miłość do Gwiezdnych Wojen wyssał z mlekiem matki.

1 komentarz

  1. Ink
    Ink (137 komentarzy) w dniu:

    „Graficznie RE:DS może się podobać. Tak jak w oryginale wszystkie modele są w pełni trójwymiarowe a tła wykonano w prenderowanym 2D. Zważając na fakt, że DS nie jest w stanie wygenerować cudów na miarę Revelations ze swojego młodszego brata, grafika jest naprawdę dobra.”
    – gdybym był ślepy na jedno oko, a drugie przymknął to może bym uznał, że grafika jest naprawdę dobra;)
    Rozumiem sentyment, ale niestety wersja na DSa to imo bardzo słaby port, który potrafi chrupnąć aż miło. W moim rankingu jest to najgorsza wersja „jedynki” w jaką można zagrać. I pisze to wielki fan oryginalnej trylogii, który gra w wersje z PSXa do dziś;)

Zostaw komentarz

Aby dodać komentarz musisz się zalogować. | Zaloguj się | Jeszcze nie masz konta? Zarejestruj sie!